Mieczysław Czychowski

Mieczysław Czychowski urodził się 26 maja 1931 r.  w podostrołęckim Dzbeninie, zmarł 23 stycznia 1996 r.

Poniżej zamieszczam napisany przed laty tekst, w którym starałam się przybliżyć Jego życie i twórczość.

Jakie są związki Czychowskiego z Myszyńcem? Bywał tu, co prawda nieczęsto, ale bywał. Odwiedzał mieszkającego tu swego brata Czesława.

 

W ZGODZIE ZE SOBĄ

Mieczysław Czychowski należy bez wątpienia do najwybitniejszych i najbardziej oryginalnych twórców związanych z Kurpiowszczyzną. Urodził się w roku 1931 w Dzbeninie, zmarł w 1996 w Gdańsku. Był postacią ze wszech miar wyjątkową, a świadczą o tym wspomnienia bliskich i przyjaciół, wiersze i twórczość plastyczna. Niełatwa musiała być droga z maleńkiego Dzbenina do tego wszystkiego, co osiągnął.

Ten wiejski chłopak zdołał, wbrew przeciwnościom losu, urzeczywistnić swoje marzenia. Mimo  że jako kilkunastolatek stracił prawą dłoń, został malarzem. Żył i tworzył, jakby miał dwie sprawne ręce. Na przekór wszelkim przeciwnościom losu. Raz tylko w wierszu „Palenie w piecu” zdobył się na wyrażenie bólu związanego z doświadczaną niepełnosprawnością: „Liczyć palce rzecz okrutna./Łatwa. I ogromnie smutna”.

W Państwowej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku studiował malarstwo sztalugowe, a potem pozostał już  w tym mieście i zdobył uznanie jako poeta, malarz, rysownik i rzeźbiarz.  Zupełnie przypadkowo, jak wspomina Ernest Bryll, jego przyjaciel z czasów młodości, zetknął się młody Czychowski z poezją Norwida. To było jak olśnienie. Zafascynowały go te wiersze. Dumny był, gdy po latach porównywano go z autorem „Promethidiona”. Istotnie, można znaleźć wiele analogii zarówno w biografiach obu artystów, jak i twórczości, a także recepcji tejże.

Poezja Czychowskiego czytana po latach wcale nie brzmi anachronicznie, zwłaszcza wczesne wiersze tchną świeżością obrazowania i są na swój sposób odkrywcze. Wiele z nich zasługuje na trwałe miejsce w czytelniczej świadomości, jak na przykład ten zatytułowany „Projekcja architektoniczna”, w którym spojrzenie na piękno gdańskiej katedry ewokuje głębokie filozoficzne refleksje o charakterze zgoła uniwersalnym. Zamknięty w murach tej pięknej budowli czas  „jest dźwiękochłonny. / Nie ma litości dla żywych./Trafiony prawdą, ginie wraz z nią”. Cierpienie wydaje się immanentną cechą ziemskiej rzeczywistości, nie ma przed nim ucieczki, bo życie je jakoś sankcjonuje: „Płodność natury / warstwami udeptuje proch./ Sytość i nadmiar./ Użycie i zużycie piramida równana z ziemia./ I ciągle te pochody niewolników przez pustynie”.

Mieczysław Czychowski, mimo że od wczesnej młodości związany był z Gdańskiem i z tamtejszymi środowiskami twórczymi, a nawet przez lata funkcjonował jako jedna z bardziej interesujących postaci tamtejszej bohemy, zawsze, kiedy tylko mógł, powracał do Dzbenina i Ostrołęki. Tak wyjaśniał swoje związki z rodzinną ziemią:

„Światy tej poezji poszły opłotkami, ale jej bohater liryczny, czyli ja, dawno z tych opłotków wyszedłem w sensie dosłownym i metaforycznym i jeśli powracam do nich, to nie tylko z racji sentymentu i dopełnienia swojej tożsamości, ale i dlatego aby się upewnić, jakie trwałe wartości jeszcze tam pozostały i co zdołałem z nich w sobie ocalić”.

Te dwa miejsca na ziemi – Dzbenin i Gdańsk – stanowiły przestrzeń uprzywilejowaną twórczości Mieczysława Czychowskiego. Ci, którzy pamiętają poetę, podkreślają, że nie przywiązywał wagi do spraw materialnych. Był świadom tego, że jego postawa nie znajduje zrozumienia, także tych, wśród których dorastał:

„Nikt mnie tu prawie nie zna. / Po latach tylu./ (…) Sroka śmiechem się krztusi: w spodniach dziurawych wracasz”.

Właściwa mu skłonność do abnegacji, delikatność, wrażliwość oraz swoista hierarchia ważności spraw, czyniły z niego outsidera. I choć otaczało go grono przyjaciół, był samotny tą samotnością, która staje się udziałem wszystkich bardziej wrażliwych, bardziej cierpiących, bardziej utalentowanych…

Głębokim cieniem na życiu Mieczysława Czychowskiego położyła sie wojna i okres tuż po niej. Był to czas dorastania artysty i zarazem strasznej traumy, którą wciąż na nowo usiłował wypowiedzieć. Nic więc dziwnego, że oniryczne wizje, w jakie obfituje ta poezja, pełne są krwi, rozkładu i okrucieństwa. Ich nadmiar znajduje uzasadnienie w osobistym doświadczeniu poety, które na resztę życia zawładnęło jego wyobraźnią. Ta swoista skłonność do makabry daje się zauważyć, choć w znacznie mniejszym stopniu, także w twórczości plastycznej Czychowskiego.

Był on poetą w swoim malarstwie i poniekąd malarzem w poezji. Śmiem twierdzić, że jednak przede wszystkim poetą. A to znaczy kimś, kto pisząc wiersz „czyni to (…) nie dlatego, że liczy na pośmiertną sławę, chociaż często ufa, że poezja zdoła go przeżyć, choćby o trochę. Pisze go dlatego, że język mu podpowiada albo zwyczajnie dyktuje następny wers. Zaczynając wiersz, poeta z reguły nie wie, jakie będzie jego zakończenie i nierzadko bywa zaskoczony wynikiem, bowiem często wynik przekracza oczekiwania, często myśl jego wybiega dalej niż przypuszczał. (…) nieraz za pomocą jednego słowa, jednego rymu piszącemu udaje się zajść tam, gdzie nikt nigdy przed nim nie bywał”. Te słowa Josifa Brodskiego narzucają mi się nieodparcie, ilekroć myślę o poezji Mieczysława Czychowskiego.

Czytając jego wiersze, ma się wrażenie obcowania z przestrzenią snu, a więc tą, w której możliwy jest bezpośredni kontakt z podświadomością. A podświadomość lubi język symboli, toteż poezja Czychowskiego w szczególny sposób jest nimi nasiąknięta, wieloznaczna. Nadaje jej to pewien indywidualny rys, zarazem jednak czyni trudno zrozumiałą i niełatwą w odbiorze. Poeta ten myślał obrazami i za ich pomocą wypowiadał się zarówno w swojej twórczości plastycznej, jak i w poetyckim słowie.

Na pewną oddzielność skazywało Czychowskiego to, że właściwie trudno go zaliczyć do określonego poetyckiego pokolenia. Nie mieści się  ani w gronie tych, co debiutowali w okolicach 1956 roku, bo jego pierwszy tomik ukazał się dopiero cztery lata później, kiedy już minęła popaździernikowa euforia, ani tym bardziej nie pasuje do poetów Nowej Fali. Szedł więc własną drogą, a to siłą rzeczy sprawia, że w kręgu twórczych zainteresowań znajduje się to, co umyka artystom uznanym, podążającym głównym nurtem. Stąd może wzięło się owo zamiłowanie poety  do szeroko pojętych obrzeży, skłonność do transgresji, a także -poczucie suwerenności poetyckiej, która była dla niego czymś nadzwyczaj ważnym.

Czasem największej aktywności twórczej Czychowskiego  były lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. Kiedy myślimy o tych czasach, zapominamy zazwyczaj, że miały pewien istotny walor, a mianowicie  –   poezję traktowano z wielką powagą. Niemniej jednak w paranoicznej rzeczywistości PRL-u myślącym istotom bywało nielekko. Dawał temu wyraz Czychowski, stwierdzając, że aby nie ulec patologii, „jedni w aptekach wykupywali luminal, / a co mądrzejsi gwiżdżąc szli za taborem cygańskim.” Motyw wędrówki jako możliwości samorealizacji wraca w wierszach pana Mieczysława wielokrotnie: „moja pora to są miejsca nienazwane / szersze niż u innych/ Cygańskim wozem jadę…”.

Czychowski stale badał swoją moralną odporność. Chciał pozostać wierny wartościom, jakie wpoiła mu osoba najbliższa – matka. To ona jest w jego oczach arbitrem uczciwości, przypomina o obowiązku pozostawania w zgodzie ze sobą. Jakże często brał ją poeta na świadka swoich wahań, szukał u niej pomocy. Pragnął pozostać wierny swoim własnym wyborom, choć zdawał się nie mieć zbyt wielu złudzeń: „Ja człowiek o nędznej egzystencji, który znam dobrze sztukę koczowania / i wiem ile jest warta społeczność / nie troszczę się o pana ani jego sługę./ Miejsca także są mi obojętne”.

Autor „Powrotów” pojmował sztukę słowa w kategoriach daru, dzięki któremu poeta staje się kimś widzącym lepiej. A tak rozumiane powołanie poetyckie zobowiązuje. Płaci się za nie samotnością. W wierszu „Fresk” znajdujemy następujące wyznanie:

„Pan Jezus w pustyni pochyla się nade mną:/ bym nie płakał, ziarno gorczycy / wkłada w usta moje i odchodzi”. Ów dar niezwykły chroni przed głupotą, którą poeta piętnował w satyrycznych wierszach. Czychowski nawołuje do tego, by każdy z nas był w zgodzie z samym sobą, zamiast karmić się złudzeniami: „Nie uciekniecie / przed sobą. Sposobu nie ma. I nie ma / miejsca takiego na ziemi”.

Ostatnie lata życia poety naznaczone były cierpieniem i samotnością. Bolesne musiało być zwłaszcza to, że doświadczał poczucia twórczego wypalenia. Długo i ciężko chorował. Pozostały po nim wiersze, obrazy i czuła pamięć przyjaciół. Czas zaciera ślady, weryfikuje wartość spuścizny i czyni z naszą pamięcią, co chce. Zdecydowanie warto ustrzec od zapomnienia dzieło Mieczysława Czychowskiego.

Barbara Wojciulewicz