Siedziba
ul. Adama Chętnika 5, 07-430 Myszyniec
tel.: 698 645 367
e-mail: kulturalnekurpie@wp.pl
Odkrywanie historii zapisanych na starych fotografiach to niezwykle pasjonujące zajęcie – potrafi w jednej chwili uruchomić wyobraźnię i zmusić do zadania pytań, o których na co dzień zapominamy.
Dzięki uprzejmości pani Beaty Borowik-Pasterskiej możemy dziś Państwu pokazać zdjęcie z rodzinnego archiwum. Przedstawia ono jej mamę, panią Władysławę Nurczyk (po lewej), oraz jej koleżankę Annę. Jest 14 maja 1952 roku, Góry Dylewskie w Dylewie. Dziewczęta mają przed sobą ostatni rok nauki w Technikum Rachunkowości Rolnej w Ostrowi Mazowieckiej.
Przyjrzyjmy się im uważnie.
To środek stalinizmu – czas, w którym państwo z całą swoją bezwzględnością próbowało ulepić nowego, posłusznego człowieka. W szkołach średnich, zwłaszcza tych z dala od wielkich miast, presja ideologiczna była ogromna. Młodzież miała zapomnieć o Bogu, o tradycji, o własnych korzeniach.
A one stoją właśnie tak.
Ubrane w odświętne stroje kurpiowskie, z czółkami na głowach. W dłoniach trzymają modlitewniki i różańce. Te drobne przedmioty w ich dłoniach nie są przypadkowymi rekwizytami. W tamtych realiach to jawna deklaracja. Bez rzucania haseł, bez krzyku, te dwie młode Kurpianki mówią całemu systemowi ciche, ale niezłomne: „Nie”.
W ich spojrzeniach nie ma strachu. Jest spokój i duma ludzi, którzy doskonale wiedzą, kim są i skąd pochodzą. One nie pozwalają się złamać ani odebrać sobie tego, co najświętsze. Trzymając różaniec, ocalają swoją tożsamość.
To zdjęcie uczy nas czegoś niezwykle ważnego. Bohaterstwo w czasach pogardy wcale nie musi oznaczać pójścia na barykady z bronią w ręku. Czasem największym i najtrudniejszym aktem odwagi jest po prostu zachowanie wierności samemu sobie, ocalenie własnej godności i nieuleganie presji otoczenia.
Ta lekcja wciąż pozostaje uderzająco aktualna, bo dziś w naszych małych społecznościach po prostu mierzymy się z pozornie zupełnie innym, a jakże podobnym egzaminem z przyzwoitości. Zdarza się, że stanowczo zbyt łatwo tracimy kompas moralny! Z wygody, z oportunizmu, dla „świętego spokoju” patrzymy przez palce na małe i większe niegodziwości. Milczymy, gdy na naszych oczach traktuje się drugiego człowieka z góry i z pogardą, gdy silniejszy narzuca swoją wolę słabszemu bez liczenia się z kimkolwiek, niszcząc przy tym dobre obyczaje i wzajemny szacunek. Często ci, którzy powinni pierwsi zareagować i stanąć po stronie prawdy, wolą odwrócić wzrok lub potakiwać złu, byle tylko nie narazić się na kłopoty czy czyjąś niechęć.
Spójrzmy ponownie na te dziewczyny z 1952 roku… One pokazują nam, że prawdziwe życie i ocalona godność wymagają oporu wobec fali, która próbuje nas porwać i ujednolicić. Łatwo jest dać się nieść prądowi codziennego konformizmu, ale to właśnie pójście pod prąd, wbrew wszystkiemu, decyduje o sile naszego charakteru. Nie wymaga to od nas nadludzkiej ofiarności – wymaga jedynie, i aż, zachowania moralnego kręgosłupa w codziennych wyborach.
Zostawiamy Państwa z tym obrazem i z pytaniem: czy i my mamy dziś w sobie tę kurpiowską, dumną odwagę, by w małych sprawach nie dawać się złamać?
